czwartek, 19 stycznia 2012

Etyka krytyka

Muzeum Sztuki Współczesnej w Warszawie zainicjowało cykl wykładów na temat krytyki sztuki. Niestety nie mieszkam w tym mieście, więc nie mogłam uczestniczyć w żadnym ze spotkań. Ciekawi mnie natomiast, czy Muzeum planuje jakiekolwiek inne działania w tym zakresie – jeśli stan polskiej krytyki ma się zmienić (?), to same teoretyczne dywagacje nie wystarczą. A myślę, że więcej działań by się przydało – obserwuję ostatnimi czasy kompletny zamęt w tej dziedzinie. Coraz powszechniejsze staje się pisanie recenzji przez pracowników komercyjnych galerii i instytucji. Co ciekawe, dotyczy to również popularnych magazynów. Taki np. “Przekrój” (ostatnio paradoksalnie strojący się w piórka niezależności, lewicowości i wyrazistości, no comments...) od dawna bez żenady publikuje recenzje pracownika instytucji sztuki (czyli Stacha Szabłowskiego zatrudnionego w CSW). Gdzie tu niezależność krytyka, o wiarygodności gazety nie wspominając?
Zdaję sobie sprawę z tego, że trudno tu o jakieś proste rozwiązania, bo:
  • pisma potrzebują dobrych tekstów
  • pism raczej nie stać na utrzymywanie niezależnych krytyków (ale Przekrój powinno być stać moim zdaniem...)
  • dobre teksty piszą (na ogół) osoby z pewnym doświadczeniem, a takie już często gdzieś pracują
  • nie można utrzymać się z pisania recenzji w Polsce, stąd wiele osób łączy różne typy aktywności – to zrozumiałe

    Na razie widzę jedno wyjście z tej sytuacji: dbanie o to, by przy recenzjach zamieszczać krótkie notki o afiliacji ich autorów. To w sumie dość proste. Inicjatywa musi jednak wyjść od redaktorów pism. To im powinno przede wszystkim zależeć na wiarygodności.
    Być może warto zastanowić się nad listą dobrych praktyk dotyczących krytyki sztuki, nie chcę używać słowa 'kodeks', bo nie chodziłoby o sztywne reguły, lecz raczej o wskazówki ułatwiające orientację. Tylko, co miałoby się na takiej liście znaleźć? 
PS1 Wypowiedź Andy Rottenberg w trakcie dyskusji na temat krytyki sztuki zorganizowanej przez Dwutygodnik:
"Pisanie o tym, co sami robimy, w gruncie rzeczy jest radością. Ale muszę powiedzieć, że takich sytuacji za tak zwanej komuny nie było, istniał jakiś etos zawodowy: pracując w danej instytucji, nie chwalimy się tym, co sami zrobiliśmy; pracując w obrocie dziełami sztuki, nie uprawiamy krytyki, w której chwalimy tych artystów, na których zarabiamy, a innych nie chwalimy; uprawiając krytykę jako przedstawiciele jednej instytucji, nie oceniamy innych instytucji. I tak dalej. Bardzo nad tym ubolewam, ale to jest coraz bardziej powszechne.
Zmroziło mnie niedawno, kiedy byłam na dyskusji o krytyce artystycznej, i jeden z panelistów wyznał, że dla niego wzorem jest taki pan, którego żona ma galerię, a on pisze źle o jej konkurencji, ad personam, wypomina, ile zarabiają, gdzie handlują, jakim samochodem jeżdzą. Jeżeli to jest wzorzec osobowy dla młodszego pokolenia, to ja powinnam od razu wyjść z takiej dyskusji. Jest taki trend, żeby nie pisać o sztuce, tylko o sytuacjach okołoartystycznych i to kolejny bardzo niebezpieczny obszar. Rozmyją się wszelkie kryteria i nie będzie fajnie."
PS2 A może w ogóle nie potrzebujemy krytyki? Może wystarczą nam dobrzy kuratorzy?  

wtorek, 4 października 2011

Sekta w Krakowie! Towiański kontratakuje!!!


"Następujące są kryteria świętości: 1. Wskrzeszanie umarłych. 2. Słowne komunikowanie się ze zmarłymi. 3. Osuszanie morza i chodzenie po wodzie. 4. Zamiana wody w miód i smalec. 5. Zwijanie ziemi tak, by zanikały odległości. 6. Niechaj też święty rozumie mowę drzew, kamieni i zwierząt. 7. Niech uzdrawia chorych. 8. Niech oswaja dzikie zwierzęta. 9. Niech nie istnieje dlań odległość a czasie ani przestrzeni. 10. Niech zatrzyma czas. 11. Niech jego błaganie zawsze zostanie wysłuchane. 12. Niech przepowiada grożące niebezpieczeństwo. 13. Niech znosi głód i pragnienie. 14. Niech może nieskończenie dużo jeść. 15. Niech określa zasady przeciwne naturze. 16. Niech nigdy żaden podejrzany przedmiot nie dostanie się do jego ciała. 17. Niech widzi najdalsze nawet miejsca, sam nie będąc widzianym. 18. Niech ten, komu spojrzy w oczy, umrze. 19. Niech Bóg unicestwi jego wrogów. 20. Niech potrafi przybierać tysiące kształtów i barw.

Towiański potrafił to, co przewiduje punkt 2, 7, 12, 13 i 17; częściowo także 10, 15, 16 i 18. W pobłażliwej chrześcijańskiej Europie okresu średniowiecza z powodzeniem mógłby zostać uznany za świętego albo spalony na stosie.”

Można by pomyśleć, że w katolickim Krakowie nie ma już miejsca na nowe ugrupowania parareligijne!  A jednak! Na  ul. Sarego 13 pojawiła się nowa sekta. Wieść niesie, że odżywają w niej idee Towiańskiego, tak, tego samego, który fascynował Mickiewicza i Słowackiego. Na ścianie siedziby widnieje krzyż połączony z gwiazdą Dawida. Udało mi się nakryć członków sekty na tajnym zebraniu, w trakcie którego odśpiewano szereg pieśni patriotycznych (m.in. "Warszawiankę") i odczytano fragmenty "Króla-Ducha" Słowackiego. Na szczęście członkowie stowarzyszenia nie są wrogo nastawieni (choć prawdopodobnie tylko wtedy, gdy uznają daną osobą za przyszłą adeptkę/adepta - strzeżcie się więc!), stąd udało mi się zrobić kilka zdjęć.
Sekty szukajcie pod wskazanym adresem, ew. zaglądajcie na stronę Roku Miłosza. Można też pisać na adres: 4p@biurofestiwalowe.pl.






PS Cytat pochodzi z: György Spiró, „Mesjasze”, s. 375.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Czy sztuka musi być wieloznaczna?

Frapujące jest to, że intelektualiści zazwyczaj odrzucający wszelki uniwersalizm i esencjalizm za oczywiste uznają istnienie czegoś takiego jak istota sztuki. Według sporej części z nich sztuka jest fenomenem niejednoznacznym, koncentrującym uwagę na swej materialności, niereprezentującym i nieuchwytnym. Dziś np. znalazłam w internecie tekst Jana Sowy, w którym znaleźć można dokładnie taki pogląd. Dobrze widać go również w dwóch recenzjach z wystaw Jana Simona napisanych przez Jakuba Banasiaka dla Obiegu. Pierwsza wystawa Simona została oceniona pozytywnie – przy czym jedną z głównych jej zalet jest niejednoznaczność, druga zaś negatywnie, przy czym za wadę autor uznał dosłowność prezentowanej pracy (generalnie można zaobserwowować, że u wielu krytyków opozycja wieloznaczność/jednoznaczność jest standardowym środkiem oceny sztuki).
Dziwi mnie nieco pewność siebie, z jaką poglądy dotyczące tego, czym jest sztuka, są wypowiadane. Przecież cała historia awangardy z jej licznymi zwrotami, które kształtowały pojęcie sztuki, znacząco podważyła pogląd o istnieniu stałej i niezmiennej istoty sztuki. Spojrzenie wstecz pokazuje raczej wielość różnych ‘istot’ (albo raczej definicji) sztuki, połączonych różnego typu podobieństwami. Raz jest tych podobieństw więcej i mamy do czynienia z pewną ciągłością, raz jest ich mniej i widoczne są momenty zerwania.
Niektórzy współcześni artyści przesuwają swą sztukę w kierunku jednoznaczności świadomie zacierając granice między sztuką i działaniem politycznym (np. Yael Bartana; podobną postawę wyrażał też w swym manifeście Artur Żmijewski). Może więc właśnie teraz – poprzez ich działania - mamy do czynienia z momentem zmiany w samej definicji sztuki, ze zwrotem, polegającym na dopuszczeniu w obręb sztuki takich właśnie - bardziej jednoznacznych - działań (nie mówię, że sztuka ma być tylko taka, raczej chodzi o rozszerzenie pola; zresztą i wcześniej takie działania następowały i jakoś w obręb sztuki weszły, ale chyba wyłącznie jako kurioza...). Dlaczego tak wiele osób nie chce tego przyjąć (np. w ostatniej debacie w Gazecie Wyborczej Marta Tarabuła to skrytykowała, a Dorota Jarecka zignorowała)? Być może dlatego, że każda sztuka o bardziej jednoznacznej wymowie kojarzy się nam z totalitarnymi systemami. Czy jest jednak sensowne utożsamianie ‘sztuki jednoznacznej’ tworzonej pod rządami totalitarnymi ze 'sztuką jednoznaczną' tworzoną w warunkach demokracji, w której deklaracja ideologiczna jest świadomym wyborem artysty? Moim zdaniem nie!

piątek, 12 sierpnia 2011

Miejskie ogrody



Jest już dostępna w internecie publikacja kończąca projekt Ogrody Tymczasowe organizowany przez Fundację WyspArt przy wsparciu pracowni k. Oprócz podsumowania projektu można tam znaleźć mnóstwo ciekawych informacji na temat ogrodów tymczasowych (m.in. o festiwalach ogrodów i artystach działających w 'medium' ogrodu). Szkoda tylko, że zabrakło głębszej analizy ogrodowych projektów nie tylko z artystycznego, ale i socjologicznego, czy ekonomicznego punktu widzenia (autorzy tekstów na temat tego zjawiska zazwyczaj koncentrują się na jego estetycznych aspektach). Ale i tak gorąco polecam! Warta uwagi jest również główna strona projektu gromadząca mnóstwo użytecznych linków na temat różnego typu ogrodów.
Na koniec dzielę się ulubionymi ogrodowymi linkami: świetny blog Life on the Balcony dla tych, którzy ogrodową pasję uskuteczniają na swoich balkonach oraz strona Debry Lee Baldwin, autorki znakomitych książek na temat ogrodów sukulentowych (sukulenty to rośliny gromadzące wodę w liściach - idealne dla tych, którzy zapominają o podlewaniu ;-)).
PS Jak się robi kompozycje przedstawione na zdjęciach można obejrzeć tu.



piątek, 5 sierpnia 2011

Przestrzeń miejska jako narzędzie społecznego wykluczenia

Pisałam niedawno o warsztacie Łukasza Surowca, którego celem było nietypowe wykorzystanie przestrzeni krakowskich Plant. Znalazłam wczoraj w internecie film pokazujący zbliżone działanie - tym razem jego tematem były różne miejsca w mieście ukształtowane tak, by nie dało się na nich wygodnie usiąść. Główny bohater, przybierając niekiedy bardzo wymyślne pozy, pokazuje, że jednak można z nich skorzystać. Oto film oraz link do artykułu Doroty Jędruch na ten temat:

sobota, 23 lipca 2011

Yael Bartana "... i zadziwi się Europa" (komentarz do polemiki D. Jareckiej i M. Tarabuły)


W sobotniej Gazecie Wyborczej polemika Doroty Jareckiej z Martą Tarabułą. O co chodzi? O to, co zwykle - chciałoby się powiedzieć: o relację sztuki i polityki, a oprócz tego o to, czy w Polsce istnieje artystyczna wolność i czy aby nie przypadkiem zaczyna dominować opcja lewicowa (takie jest zdanie M. Tarabuły).

Obszerne fragmenty obu tekstów dotyczą projektu Yael Bartany "... i zadziwi się Europa". M. Tarabuła zarzuca projektowi aktywizm, to, że jest "politycznym gestem", podszytą naiwnością lub cynizmem próbą zrównania sztuki z życiem. Dorota Jarecka z kolei wskazuje na jego aspekt metapolityczny (w sensie Ranciera) - projekt Bartany jest dla niej parodią socrealizmu i destrukcją mitów.

Myślę, że obie autorki nie mają racji. Próbując za wszelką cenę zakwalifikować projekt Bartany do jednej z upatrzonych opcji dokonują uproszczeń. Moim zdaniem łączy on obie opcje: jest jednocześnie aktywistyczny i metapolityczny. Łączy oba aspekty, tak jak i zresztą łączył je Artur Żmijewski w swoim manifeście "Stosowane sztuki społeczne", zazwyczaj fałszywie kwalifikowanym jako przynależny jednej (zwykle aktywistycznej) opcji.

Metapolityczny wymiar "I zadziwi się Europa" polega m.in. na próbie przeformułowania istniejącego pola opcji: okazuje się, że oprócz opcji antysemickiej i opcji obojętnej 'tolerancji', istnieje (może istnieć?) w Polsce jeszcze jedna - opcja 'miłości' do Żydów (czy po prostu 'wykluczonych'). Ją pokazuje Bartana i ją jednocześnie problematyzuje zadając pytanie, co by było, gdyby została potraktowana poważnie. Jak zachowaliby się 'wykluczeni'/osadnicy? Jak zachowaliby się 'gospodarze'? Czy możliwy jest rzeczywisty powrót 'wykluczonych', czy tylko symboliczny? Itd.
Aktywizm z kolei polega na aktywnym opowiedzeniu się za konkretną opcją ("Żydzi/'wykluczeni' powinni wrócić rzeczywiście/symbolicznie do Polski") poprzez takie działania jak stworzenie manifestu ruchu ją popierającego, czy zorganizowanie kongresu jej zwolenników.
Martę Tarabułę i Dorotę Jarecką łączy niechęć do tego aktywistycznego elementu. M. Tarabuła bierze go zbyt serio pomijając inne aspekty projektu, D. Jarecka z kolei go nie dostrzega.

Na czym dokładnie polega jednak aktywizm Bartany? Z pewnością różni się on od zwykłego aktywizmu politycznego. Opcja aktywistyczna jest formułowana przez tę artystkę przy użyciu świata sztuki - jego miejsc, pism itd. Jej aktywizm to aktywizm wzięty w nawias artystycznego emploi. To może sprawić, że będzie on słabszy w wymowie od aktywizmu 'zwykłego' - zawsze można bowiem powiedzieć 'to tylko sztuka', stwierdzić, że jest to aktywizm symulowany. Co więcej - w gruncie rzeczy nigdy nie będziemy wiedzieć, jak jest naprawdę, czy Bartana tylko udaje aktywizm, czy też nie. Co jest ważne, to to, że dzięki niemu (niezależnie od tego, czy jest autentyczny, czy tylko symulowany) sztuka Bartany zyskuje większą siłę oddziaływania niż zwykle. Aktywistyczna sztuka czyni bycie aktywnym realną możliwością - w działaniach Bartany widać, że Ruch Odrodzenia Żydowskiego nie jest kompletną mrzonką, że ktoś może naprawdę go założyć (swoją drogą, czy artystka już sama go nie założyła?). W ten sposób łatwiej poddać jej pomysł dyskusji (czy naprawdę ma sens? jaką może przybrać formę?), zyskuje on poważniejszy charakter. Uprawiane przez Bartanę specyficzne political fiction sprawia, że dyskusja może zacząć toczyć się nie tylko w obszarze świata sztuki.

Tak zastosowana strategia kamuflażu daje sztuce nieco większą siłę niż zazwyczaj. Przez to jednak łatwiej ją sprowadzić do czystej polityki, co np. czyni Marta Tarabuła, czy grupa The Krasnals. Wzrasta również ryzyko związane z wzięciem artystycznego działania na poważnie. Rewersem wolności jest odpowiedzialność. Czy Yael Bartana jest jednak na to gotowa? Czy wraz z bardziej zatartą granicą między sztuką a polityką i wynikającą z tego zwiększoną mocą oddziaływania projektu, jest gotowa przyjąć na swe barki również wiążącą się z tym zwiększoną odpowiedzialność? Co zrobi, gdy np. jakiś palestyński fundamentalista rzeczywiście założy ruch o tej samej nazwie i zacznie domagać się 'powrotu' Żydów do Polski? Czy będzie mieć moralne prawo do powiedzenia "jestem tylko artystką, źle mnie zrozumieliście"?