Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różowe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 września 2010

Spiskowcy rozkoszy (A. B. Wiśniewski i M. Gomulicki)


1.
Anastazy B. Wiśniewski, Centrum Sztuki (Pręgierz), dokumentacja wystawy w Muzeum Architektury we Wrocławiu, fot. Tadeusz Rolke, marzec 1970.

Pręgierz miał być ustawiony na placu przed wrocławskim ratuszem. Był kpiną z powagi towarzyszącej Sympozjum Wrocław'70, a przede wszystkim z oczekiwań miasta Wrocław co do artystów. Dołączona była doń kartka z parodią owych oczekiwań, np. "Punkt 2: Zlecenie dla wszystkich twórców - zrobić widowisko dla krytyków".


2.
Maurycy Gomulicki, Obelisk, Galeria Miejska Arsenał, 7.07-1.10.2010

„Rynek poznański szczególny jest z kilku względów – zauważa Maurycy Gomulicki – obok tego, co interesujące lecz i przewidywalne, znajdziemy tam nieoczekiwany modernistyczny implant – mam tu na myśli galerię sztuki współczesnej “Arsenał” (a szczególnie jej geometryczną fasadę) – w miejscu zasadniczo ukierunkowanym na przeszłość. Kolejnym partykularnym zdarzeniem są kamieniczki po wschodniej stronie architektonicznej “wyspy” zajmującej centrum placu, które w zabawny sposób integrują ilustracyjną fantazję z rzeczywistością. Wreszcie wyraźnym punktem na mapie cudów i dziwów jest zachowany tu późnośredniowieczny pręgierz - obiekt o silnej wymowie symbolicznej a jednocześnie nader syntetyczny formalnie (…). Dla mnie w tym konkretnym wypadku jest to kolejna okazja, by kontestować jeszcze jedną ikonę cierpienia i poniżenia, by spróbować stworzyć paralelny monument ku chwale witalności i zmysłowej radości. Przygotowana instalacja działa na zasadzie spolaryzowanych zwierciadeł. Mamy dwóch protagonistów: pal męczarni i różowy obelisk. Konfrontują się dwa zdarzenia falliczne o całkowicie różnej wymowie. Jedno straszne, drugie rozkoszne. Brutalności stalowego bolca przeciwstawiona zostaje cukierkowa słodycz toczonej figury szachowej. Upodlenie versus rozkwitanie. Dawne kontra współczesne. W obu wypadkach pełna erekcja. Wobec istniejącej gamy kolorów i “gęstości” samego miejsca interesowała mnie mocna ingerencja tak na poziomie prostoty nowoczesnej formy jak intensywnej barwy. Róż z wielu powodów wydaje mi się tu naturalny i adekwatny(…). Liczę na fetyszystyczny potencjał, przy czym nie mam tu na myśli ewidentnej asocjacji z erotyczną zabawką ile bardziej uniwersalny jego aspekt – kształt kuszący do pieszczoty. Mamy wdzięczną, abstrakcyjną formę, która odwołuje się tak do piękna wspomnianej już figury szachowej, jak do hedonistycznej estetyki “pałacowej” – rzeźbionych kolumienek, balustrad, ornamentów po których tak chętnie przeciągamy dłonią. (…) Wierzę w potencjał piękna, przyjemności, rozkoszy. W szlachetność geometrii. Reszta jest eksperymentem” Maurycy Gomulicki.

Zdjęcia zrealizowanej pracy: http://poznan.gazeta.pl/poznan/51,36037,8113715.html?i=3

PS Absolutnie nie podważam oryginalności pomysłu M. Gomulickiego. Powstał on wszak w innym kontekście. Ale zestawienie go z projektem Wiśniewskiego uważam za ciekawe, zachęcam do porównań...

poniedziałek, 6 września 2010

Murakami w Wersalu

Podczas wizyty w Paryżu postanowiłam odwiedzić Wersal; bardziej z chęci towarzyszenia znajomym niż z rzeczywistego pragnienia zobaczenia tego szacownego, aczkolwiek obecnie mało ekscytującego miejsca (zapewne za czasów Ludwika XIV i jemu podobnych było zupełnie inaczej...). Byłoby to zwiedzanie jakich wiele, gdyby nie niespodzianka – w przestronnych pomieszczeniach Wersalu umieszczono kilka rzeźb Takashiego Murakamiego.



14 września zostanie tam otwarta wystawa tego japońskiego artysty, kolejna z cyklu, który w zamierzeniu dyrekcji ma przybliżać prace artystów rzadko pokazywanych we Francji. Poprzednia prezentowała prace Jeffa Koonsa i spotkała się z ogromnym zainteresowaniem. Nie wątpię, że i teraz tak będzie - ‘barokowe’, bogate prace Murakamiego znakomicie pasują do pełnego przepychu i ekstrawagancji Wersalu. Tak jak niegdyś Wersal tak i obecnie Murakami epatuje sztucznością i powierzchownością (ach te idealnie przycięte w geometryczne kształty - absolutnie niezgodne z naturą - klomby w wersalskich ogrodach...). Tworzy sztukę kokieteryjną, pragnącą zauroczyć odbiorcę, uwieść go bogactwem form. Murakami jak i niegdyś Wersal doprowadza do skrajności estetykę swoich czasów wytwarzając w ten sposób krytyczny impuls - autorefleksję, podszytą jednak autentycznym zachwytem. To krytyka wypowiadana z wnętrza, z pozycji uczestnika kultury, jednocześnie trawionego niepokojem, przeczuciem, że coś jest nie tak.



Podoba mi się odwaga dyrektorów i kuratorów Wersalu. Jak się okazuje ma ona jednak granice – na wystawie nie zobaczymy najbardziej kontrowersyjnych prac Murakamiego – rzeźb Hiropon i My Lonesome Cowboy - wycofano je z ekspozycji pod wpływem protestów francuskich artystów.
Zestawienie dzieł dawnych ze współczesnymi to stosunkowo powszechny zabieg ‘uwspółcześniania’, czy też ‘aktualizowania’ kolekcji muzealnych. W polskich muzeach nie spotykam tego zbyt często. Szkoda. W Wersalu zaciekawił mnie również inny pomysł - w ogrodach posłuchać można muzyki z epoki, w której powstały.
Warto zauważyć, że Wersal i Murakami zostali połączeni już wcześniej – poprzez postać Kirsten Dunst, która najpierw wystąpiła w filmie Sophii Coppoli o Marii Antoninie (niestety słabym, choć ładnym...), a potem w teledysku Murakamiego „I am turning Japanese”. Czy to wyłącznie przypadek? Dla porównania zamieszczam trailer do filmu oraz teledysk.



piątek, 14 maja 2010

Takashi Murakami. Motywy naturalne w sztuce

W większości tekstów poświęconych sztuce Takashiego Murakamiego na pierwszy plan wydobywany jest jej komercyjny aspekt. Japoński artysta - jako twórca znakomicie prosperującego artystycznego ‘przedsiębiorstwa’ - stawiany jest wówczas obok takich postaci jak Damien Hirst. Tak stało się na przykład w zrealizowanej ostatnio w Tate Modern w Londynie wystawie "Pop Life", gdzie jeden i drugi uznani zostali za spadkobierców późnej twórczości Andy’ego Warhola, świadomie doprowadzających do skrajności zapoczątkowany przez niego mariaż sztuki i kultury masowej.[i] Nie oznacza to jednak, że różnica między tradycyjnym pop-artem a działalnością Murakamiego jest wyłącznie różnicą stopnia. Można bowiem zauważyć kilka zasadniczych różnic jakościowych. Po pierwsze, do Warholowskiego inspirowania się kulturą masową Murakami dodaje aktywność skierowaną w odwrotnym kierunku - wprowadza do tej ostatniej motywy ze sztuki wysokiej, na przykład sprzedając razem z gumami do żucia figurki postaci pojawiających się na obrazach, czy projektując naklejki. Po drugie, w przeciwieństwie do Warhola często tworzy na skalę masową, ograniczając się do komputerowego projektowania i nadzoru procesu wykonania. Po trzecie, łączy działalność artystyczną ze społeczną, aktywnie działając na rzecz poprawy funkcjonowania rynku sztuki w Japonii (co sześć miesięcy odbywają się organizowane przezeń targi sztuki „Geisai”, ponadto jego firma promuje początkujących artystów). Najciekawsze jednak wydają się różnice dotyczące samej treści prac. O ile bowiem historyczny pop-art koncentrował się na postaciach ludzkich, względnie przedmiotach konsumpcji, o tyle u Murakamiego napotykamy przede wszystkim liczne motywy zaczerpnięte ze świata natury. Każdemu, kto zetknął się z jego twórczością z pewnością utkwiły w pamięci charakterystyczne kolorowe uśmiechnięte kwiatki, obdarzone licznymi oczami grzyby, czy postaci przypominające bohaterów dziecięcych kreskówek. W niniejszym artykule chciałabym bliżej przyjrzeć się właśnie temu aspektowi jego sztuki.


Zwróćmy uwagę przede wszystkim na flagowy 'produkt' Murakamiego, jakim jest stworzony przezeń w 1993 roku Mr. DOB. Duża okrągła głowa, takież uszy i stopy, niewielkie usta, czerwona muszka i granatowy kolor sprawiają, że wygląda on jak japońska wersja Myszki Miki. Mr. DOB pojawia się w twórczości japońskiego artysty niezwykle często, przy czym konteksty, w których jest umieszczany, są najróżniejsze: niekiedy przechadza się on po lesie dziwacznych grzybów („DOB in the Strange Forest”, 1999, żywica FRP, włókno szklane, szkło, akryl, żelazo, 305 x 305 x 127 cm), czasem unosi w formie balonu („Forest of DOB”, „DOB’s March”, 1995, chlorek winylu, hel, średnica ok. 118 cm), względnie ‘ujeżdża’ fale morskie rodem z drzeworytów Hokusaia („727-727”, 2006, akryl na płótnie, 300 x 450 x 7 cm), wyskakuje w górę na czerwonym tle zastawiając za sobą ślad będący karykaturą „zamka błyskawicznego” Newmana („ZuZaZaZaZaZa”, 1994, akryl, sitodruk na płótnie, 150 x 170 cm), względnie - wymiotuje („Tan Tan Bo Puking – a.k.a. Gero Tan”, 2002, akryl na płótnie, 360 x 720 cm). Z czasem ulega też transformacjom: przybywa mu oczu, a usta powiększają się i wypełniają ostro zakończonymi zębami.

Słowo „DOB” jest skrótem złożenia dwóch słów: „dobozite” („dobojite”), które w slangowym japońskim oznacza "dlaczego?" („doshite”), i pojawia się na przykład w komiksie pt. „Inakappe Taisho” w formie dadaistycznej frazy „dobojite? dobojite?”, oraz „oshamanbe” - używanego przez japońskiego komika Toru Yuri sloganu, który wywołuje skojarzenia zarówno geograficzne (nazwa miasta w Japonii), jak i seksualne (sylaba „ma”).[ii] Na wielu przedstawieniach słowo to zostaje wkomponowane w postać Mr. DOB’a: litera "d" w lewe ucho, "b" w prawe, głowa z kolei układa się w kształt "o". Jak twierdzi Murakami Mr. DOB powstał w wyniku zaobserwowania, że do sukcesu na rynku przyczynia się uniwersalny charakter postaci: DOB składa się właśnie z typowych, powszechnie znanych elementów, czerpanych ze świata komiksów i filmów animowanych. Wydaje się jednak, że tego typu wyjaśnienie w tym przypadku nie wystarczy - w końcu funkcję bycia rozpoznawalnym, a przez to dobrze sprzedawalnym, może spełnić wiele innych obiektów (na przykład logo, charakterystyczny sposób malowania, reklamowania się itd..). Warto zwrócić w tym kontekście uwagę na splot elementów wizualnych i językowych w postaci DOB’a: słowo "Dlaczego?" jest wszak wpisane w jego 'ciało', tak jakby zawarte w tymże słowie pytanie dotyczyło właśnie jego, względnie: reprezentowanego przez niego świata. Mr. DOB powstaje zatem z połączenia szeroko rozumianego obrazu i języka po to, by stać narzędziem refleksji nad miejscem zajmowanym w kulturze przez obszar, w którym dominują jemu podobni bohaterowie. Jego dzieje mają umożliwić namysł nad relacją tego obszaru do tradycji – zarówno japońskiej, jak i sztuki Zachodu. Ten eksploracyjny wymiar jest dodatkowo wzmacniany przez fakt wpisania pytania „dlaczego” w narządy wzroku i słuchu, a więc miejsca ulokowania zmysłów uważanych często za uprzywilejowane pod względem poznawczym[iii]. Podobnie dzieje się w przypadku kolejnych dwóch postaci, wymyślonych pod koniec lat 90.: ciemnoróżowej myszki (?) z trzema oczami o imieniu Kiki (co w przybliżeniu oznacza „zło”), i białego zająca z ustami nazwanego Kaikai („dobro”). Jak sugeruje tytuł jednego z obrazów, mają one do przekazania wiadomość, Kiki otwiera już zresztą wyposażone w dwa zęby usta; imiona obu postaci są tym razem wymalowane na ich uszach („Wiadomości-Kaikai-Kiki”, 2001, akryl na płótnie, 120 x 120 cm). Wymienionym bohaterom często towarzyszą kolorowe kwiatki z radośnie otwartymi buziami (np. w tle obrazu z Kaikai i Kiki), niekiedy urastające do roli głównych elementów obrazu (np. w „Kawaii! Vacances d'été”, 2002, akryl na płótnie, 6 części, łącznie 300 x 900 x 7 cm). Wszystkie one powstają według identycznego schematu, zmieniają się tylko kolory i rozmiar. Częstym motywem jest ponadto grzyb z oczami, mający stanowić (przyznajmy, mało wyrafinowane) nawiązanie do zrzuconych na Japonię w czasie drugiej wojny światowej bomb atomowych[iv]. Jeśli do powyższego dodamy setki oczu z zalotnie podkręconymi rzęsami, to otrzymamy prawie całe uniwersum Murakamiego.


Charakterystyczną cechą tego świata jest częste przywoływanie powstałej w Japonii w latach 70. estetyki „kawaii” czy „cuteness”, znamionującej wszystko to, co jawi się jako miłe, rozkoszne, urocze, czy słodkie. Wykorzystuje ona fakt, że postaci i przedmioty o cechach określanych jako dziecięce budzą uczucia opiekuńczości i czułości. Co ciekawe, ‘diagram dziecięcości’ działa w przypadku młodych osobników gatunku własnego, jak i innych, a nawet natury nieożywionej.[v] Przedmioty „kawaii” oddziałują zatem przede wszystkim na poziomie emocjonalnym - przez wzbudzanie uczuć. Z licznego repertuaru cech przyczyniających się do określenia danego obiektu przymiotnikiem „cute” wybiera Murakami między innymi: okrągłość/brak ostrych kantów, jasną kolorystykę, nieporadność, naiwność i pozytywne nastawienie postaci. Podtrzymuje również obecne niekiedy w tej estetyce niwelowanie różnic płciowych (przedmioty „kawaii” zdają się być ‘genderless’), a także łączenie cech zwierzęcych (np. posiadanie ogona) z ludzkimi (np. wyprostowana postawa, ubiór).

Podkreślanie płynności granic między światem człowieka a światem natury nie dziwi u artysty znającego filozoficzną i artystyczną tradycję Japonii[vi]. W kontraście do niej jednakże w pracach Murakamiego widoczna jest redukcja różnorodności zjawisk przyrodniczych do kilku wybranych typów. Z wielości wykorzystywanych w ikebanie w zależności od obowiązującej pory roku prawdziwych roślin, pozostaje jeden schematyczny, wykonany ze sztucznego materiału, kwiatek. Bogactwo oferowanych przez zjawiska przyrodnicze dotykowych doznań zostaje zastąpione perfekcyjną gładkością błyszczącej, wypolerowanej powierzchni. Nietrudno zauważyć, że takie ujęcie radykalnie zrywa ze sposobami przedstawiania przyrody, nie tylko tymi właściwymi tradycji japońskiej. By odwołać się do tej ostatniej - zamiast estetyki wabi-sabi (eksponowanie nadającej przedmiotowi wyjątkowość niedoskonałości), mamy perfekcyjne wykończenie i typizację. Estetyka pustki[vii] zostaje wyparta przez schizofreniczny horror vacui, monochromatyczność porzucona na rzecz zestawu jaskrawych kolorów. Natura zostaje tu w zasadzie sprowadzona do pozbawionej szerszego ‘duchowego’ kontekstu dekoracji. Nie wzbudza już żadnego autentycznego zainteresowania. W tym sensie prace Murakamiego doskonale odzwierciedlają obecne we współczesnej kulturze japońskiej wyobcowanie człowieka za świata natury.[viii]

Całość robi niepokojące wrażenie. Z jednej strony bowiem artysta stosuje liczne zabiegi splatające świat odbiorcy ze światem przedstawionym: oczy postaci są skierowane ‘na zewnątrz’, prace mają duży format, często są to rzeźby[ix], a obrazom brakuje perspektywy. Powoduje to, że odbiorca może czuć się otoczony i obserwowany. Z drugiej strony spojrzenia owe są maksymalnie rozproszone i odindywidualizowane, tak że nie czujemy się specjalnie z kimkolwiek skonfrontowani. Innymi słowy: jesteśmy zdezorientowani co do możliwości jakiejkolwiek interakcji z przedstawionymi postaciami. W kontraście do swej ewidentnej atrakcyjności i przyjazności, zdają się one trzymać nas na ‘wzrokowo-słuchowy’ dystans. Mimo wszystko pozostają przybyszami z innego, obcego świata – abstrakcyjnymi i bezcielesnymi - bo plastikowymi – typami, powstałymi wskutek przypadkowego poskładania elementów wizualnej bazy danych.[x] Efekt ten wzmagany jest przez fakt, że - poza tym, co sugerują same prace - Murakami nie dostarcza żadnych informacji na temat przeszłości swych bohaterów – zdają się oni nie posiadać historii (notabene kolejnego czynnika indywidualizującego - wyróżniającego daną istotę spośród innych).
Mr. DOB i jego towarzysze nie są zatem (wyłącznie? ;-)) elementami cynicznie skonstruowanej maszynki do zarabiania pieniędzy, lecz raczej medium refleksji - ich kolejne transformacje mają dostarczać wiedzy na temat współczesnej kultury, kultury, której ikonami nie są ludzie, lecz fikcyjne postaci. Niewątpliwie daje tu znać o sobie japoński kontekst sztuki Murakamiego, w szczególności rozwijająca się od lat 70. kultura tzw. „otaku” – miłośników komiksów, filmów animowanych, filmów z efektami specjalnymi itd.[xi] Artysta zdaje się wchodzić tu w rolę etnografa – badającego i jednocześnie rehabilitującego fenomeny spotykające się z dezaprobatą w japońskim społeczeństwie i w związku z tym spychane na jego obrzeża (w związku z tym określa swą sztukę mianem „poku”, czyli połączenia pop-artu i „otaku”)[xii]. Czy jednak rzeczywiście można tu mówić wyłącznie o zamiarze dokumentowania? Już powyższe paragrafy wskazują, że zamiar Murakamiego jest bardziej złożony. Jego sztuka zdaje się oddziaływać na wielu poziomach: z jednej strony przedstawia świat „kawaii’ i „otaku” jako niesłychanie urokliwy i pociągający, z drugiej dokonuje jego przekształcenia uwydatniając sztuczność, odindywidualizowanie i zredukowaną cielesność.[xiii] Ta ostatnia zdaje się niekiedy powracać w mało zachęcającej postaci „abject” (np. w „Homage to Francis Bacon (Study of George Dyer)”, 2002, akryl na płótnie, 120 x 120 x 5 cm, czy wspomniany już obraz „Tan Tan Bo Puking – a.k.a. Gero Tan”). Wraz z rosnącą ilością zębów Mr. DOB’a estetyka „cuteness” przeradza się w estetykę „antycuteness”. Prace skonstruowano jednak tak, że wzbudzane przez nie odczucia są ambiwalentne: krytyka podszyta jest widoczną fascynacją. Wszystko to sugeruje, że Murakami ma świadomość przynależności do ukazywanego przez siebie świata. Ocena dokonywana jest zatem niejako ‘od wewnątrz’.[xiv]


Surrealistyczne[xv] instalacje Murakamiego sprawiają, że czujemy się jak w wypełnionym gigantycznymi zabawkami pokoju. Aż chciałoby się dotknąć i pobawić, nie zastanawiać za wiele i po prostu poddać atmosferze miejsca. W ten sposób ewokowana jest w nas tęsknota za właściwym małym dzieciom i zwierzętom odczuwaniem świata - doświadczeniem, któremu nie towarzyszą próby ujęzykowienia.[xvi] Niestety jesteśmy w galerii, więc nic nie możemy zrobić. Możemy się jedynie pocieszać, że prawdopodobnie wcale nie byłoby miło dotknąć szklistej powierzchni szczerzącego zęby w odruchu anty-cuteness Mr. DOB’a...

Tekst ukazał się w Gazecie Malarzy i Poetów nr 2/3 2009.

Przypisy:

[i] Ta uwaga ma sens szczególnie w kontekście sztuki Zachodu, jako że to w jej obrębie powstał radykalny podział na sztukę wysoką i masową. W kulturze japońskiej nie nastąpiło to w aż takim stopniu.
[ii] Niestety mimo poszukiwań, nie udało mi się dowiedzieć, o jakie seksualne skojarzenia chodzi. Złożenie obu słów w formie koła pojawiło się po raz pierwszy w 1993 roku w pracy przygotowanej przez Murakamiego na wystawę poświęconą specyficznemu językowi kultury konsumpcyjnej w Japonii, którego przejawem jest między innymi dodawanie do nazw produktów w celu zwiększenia atrakcyjności tychże emfatycznych sufiksów „z” i „x”, np. jedna z marek piwa nosi nazwę „Asahi Z” (Sianne Ngai, „The Cuteness of the Avant-Garde”, w: Critical Inquiry 31/2005, s. 823-825).
[iii] Por. na przykład argumentacja Hegla w „Wykładach o estetyce”, gdzie określa on zmysły wzroku i słuchu jako „teoretyczne“ („Vorlesungen über die Ästhetik”, Frankfurt am Main 1970, Tom I, s. 61). Należy podkreślić, że w japońskiej tradycji zmysły nie podlegały hierarchizacji, żaden nie był wyróżniony. Odwołania przede wszystkim do wzroku i słuchu wynikają u Murakamiego z inspiracji kulturą Zachodu.
[iv] Murakami traktuje współczesną kulturę japońską jako rezultat nieprzepracowania traumy drugiej wojny światowej. (Jaimy M. Mann, recenzja “Little Boy: The Arts of Japan’s Exploding Subculture”, red. T. Murakami, w: Children’s Literature Association Quarterly 31/1/2006, s. 95; Roland Kelts, “Japanamerica. How Japanese pop culture has invaded the U.S.”, Palgrave Macmillan, New York 2006, s. 25-30).
[v] Maja Brzozowska-Brywczyńska, ”To co urocze. Notatki o estetyce cuteness”, w: Czas kultury 3/2007, s. 7. Por. Sharon Kinsella, “Cuties in Japan”, w: “Women Media and Consumption in Japan”, red. Lise Skov i Brian Moeran, http://www.kinsellaresearch.com/Cuties.html.
[vi] Artysta studiował tradycyjne japońskie malarstwo „Nihonga”.
[vii] Por. Marcin Skorek, „Ekrany pustki w kulturze Japonii”, w: „Wiek ekranów. Przestrzenie kultury widzenia”, red. Andrzej Gwoźdź i Piotr Zawojski, Rabid, Kraków 2002, s. 111-122.
[viii] Zjawisko to - przejawiające się między innymi w konsekwentnym zabetonowywaniu wybrzeża i koryt rzek, zanieczyszczaniu środowiska odpadami oraz wprowadzaniu elementów sztucznych w miejsce naturalnych np. w ikebanie - obszernie opisuje Alex Kerr w książce „Psy i demony. Ciemne strony Japonii” (Universitas, Kraków 2008).
[ix] Przestrzenność rzeźby nie jest iluzyjna, jak przestrzenność obrazu perspektywicznego (odbiorca ma wrażenie ukazywania przez obraz innego, osobnego świata), lecz rzeczywista, gdyż jest współdzielona z odbiorcą.
[x] Por.: “W efekcie świadomego zastosowania diagramu dziecięcości powstaje coś sztucznego, a przez swoją sztuczność – paradoksalnie idealnego; coś nie z tego świata.” (Maja Brzozowska-Brywczyńska, ”To co urocze. Notatki o estetyce cuteness”, w: Czas kultury 3/2007, s. 12)
[xi] Nie oznacza to jednak, że Murakami jest artystą lokalnym, wszak w erze globalizacji to, co specyficzne dla „otaku’ i „kawaii” szybko się rozpowszechnia. Warto podkreślić ponadto, że zalążkiem obu fenomenów nie była Japonia, lecz Stany Zjednoczone (inspiracją dla „otaku” była społeczność amerykańskich fanów Star Treka, „kawaii” czerpało z kolei z kreskówek Disneya). Powyższą genezę „otaku” podaje Roland Kelts, op. cit., s. 155-156.
[xii] Por. Hal Foster, “The Artist as Ethnographer”, w: “The Return of the Real”, The MIT Press, Cambridge Massachusetts London 1996, s. 171-204. Przyczyny niechętnego nastawienia Japończyków do „otaku”, jak również charakterystyczne dla kultury „otaku” dekomponowanie i składanie postaci na nowo analizuje Hiroki Azuma w tekście „Superflat Japanese Postmodernity”: http://www.hirokiazuma.com/en/texts/superflat_en1.html.
[xiii] Warto zauważyć, że w ostatnich pracach Murakamiego pojawia się ‘cielesność’ prawdziwa, ludzka, np. w teledysku „Akihabara Majokko Princess” nakręconym przy udziale Kirsten Dunst, prezentowanym na wspomnianej wystawie w Tate, oraz w serii zdjęć „Satoeri Ko2Chan” (2004).
[xiv] Nurt sztuki japońskiej, w którym pojawia się tego typu krytyka, został określony przez Murakamiego jako „Superflat”, co nawiązuje do charakterystycznego stylu malowania (brak głębi) i powtarzającego się wątku powierzchowności, konsumeryzmu i mechaniczności kultury japońskiej.
[xv] Instalacje Murakamiego są surrealistyczne zarówno w sensie potocznym (sprawiają wrażenie nierealnych) jak i naukowym (nawiązują do historycznego surrealizmu). Na zbieżność między pop-artem, a surrealizmem jako kierunkiem w sztuce wskazuje Hal Foster w tekście „The Return of the Real” – oba nurty łączy według niego odniesienie do nieudanej reprezentacji Realnego (do tego, co „traumatyczne”). Surrealizm i pop-art Warhola odsłaniają ową klęskę (tzw. „traumatyczny realizm”, pop-art czyni to poprzez wielokrotne powtarzanie danego motywu), hiperrealizm ją zakrywa („tzw. traumatyczny iluzjonizm”, np. w wersji Richarda Estesa, multiplikującego odbicia i refrakcje tak, że obraz zdaje się wyzbywać głębi i dokonywać implozji w kierunku widza), „appropriation art” usiłuje odsłonić jej strukturę (prace Richarda Prince’a), z kolei abject-art rości sobie pretensję do ukazywania Realnego jako takiego (Hal Foster, “The Return of the Real”, The MIT Press, Cambridge Massachusetts London 1996, s. 127-168). Murakami wykorzystuje większość z wymienionych przez Fostera strategii: figurę powtórzenia, „opanowywanie” widza siecią powierzchni i abject.
[xvi] Być może takie doświadczenie miał na myśli Heidegger, gdy pisał o jednoczesnym bogactwie i ubóstwie rzeczywistości doświadczanej przez zwierzę? [Doświadczenie to jest z jednej strony bogate - na jego kształt nie wpływają kategorie językowe, z drugiej - ubogie - bo z powodu braku ujęzykowienia owa doświadczana wielość nie jest poddana refleksji.]

Fot. (poza nr 3,4,7): AR.

czwartek, 12 listopada 2009

Ten niegrzeczny pop-art. Komentarz do artykułu Piotra Sarzyńskiego w "Polityce"




Takashi Murakami, Kula Kwiatowa, średnica 60 cm; do kupienia w Tate Modern za jedyne 3000 funtów :-), fot. AR.

Muszę przyznać, że lekko zdegustował mnie artykuł Piotra Sarzyńskiego w Polityce poświęcony wystawie "Pop Life" w Tate Modern. Wiem, że od tekstów w ogólnopolskim tygodniku nie należy oczekiwać naukowej ścisłości, tym niemniej wydaje mi się, że w tym przypadku granica absurdu, czy zwykłej rzetelności dziennikarskiej, została przekroczona.

Sarzyński postrzega prace sporej części prezentowanych na wystawie artystów (Warhol, Koons, Hirst, Murakami) jako powstałe wyłącznie z chęci zysku i nieprzedstawiające wartości artystycznej. Nie podaje jednak żadnych argumentów – nie odwołuje się do zaprezentowanych prac, kwestionuje to, co mówią sami artyści. Po prostu on „wie lepiej” i nic nie jest w stanie go przekonać, że się myli, nawet krytycy, którzy – jak pisze – „z namaszczeniem tłumaczą, że zamysły twórcze Hirsta, Murakamiego, czy Koonsa nie są wcale płytkie” (niestety w jego tekście brak jakiegokolwiek argumentu, jakiejkolwiek polemiki z owymi krytykami).

Autor zupełnie nie dostrzega kryjącej się w większości prac z nurtu pop-art ambiwalencji: z jednej strony fascynują one odbiorcę, uwodzą go epatując zmysłowością, z drugiej obecne w nich przesada, wyolbrzymienie, czy powtórzenie wyzwalają krytyczną refleksję nad codziennością. Owa krytyka nie jest formułowana z pozycji zdystansowanego moralisty (taką przyjmuje Piotr Sarzyński w swym tekście), lecz z pozycji uczestnika owej codzienności, a więc niejako "od wewnątrz".

Nie twierdzę, że wszyscy artyści prezentowani na wspomnianej wystawie tworzą takie prace (mam np. wątpliwości co do Keitha Harringa), niemniej wystarczy dokładniej przeanalizować twórczość np. Murakamiego, by przekonać się, że jak najbardziej krytycznie eksponuje on wątki współczesnej kultury, nie tylko japońskiej: jej sztuczność, odindywidualizowanie i zredukowaną cielesność.

Tym, co mnie mierzi jest ponadto posługiwanie się przez autora prostymi opozycjami. Najbardziej dojmująca z nich prezentuje się tak: to, że artysta dobrze funkcjonuje na rynku np. dzięki temu, że skutecznie buduje własną markę, oznacza, że nie kieruje się on natchnieniem, czy wizją. Jako że sztuka prezentowana na wystawie "Pop Life" należy do tej pierwszej kategorii, to brak jej wizji. Od wieków artyści mniej lub bardziej świadomie budowali własne marki i jakoś nikt z tego powodu nie odmawiał ich pracom miana powstałych pod wpływem natchnienia. Dystansowanie się od ekonomicznego wymiaru sztuki to uwarunkowany historycznym kontekstem produkt awangardy - tak samo zdekonstruowany jak ona sama. Piotr Sarzyński kultywuje mało aktualny mit artysty w podartym płaszczu i z suchą bułką w chudej rączce, oddzielonego od społeczeństwa i jego mechanizmów, obdarzonego wiedzą absolutną, wieszcza. Działalność współczesnych pop-artystów, osiągających sukces nie tylko wśród ludzi na sztuce się nie znających, ale i na rynku sztuki (!) dowodzi, że te opozycje się zdezaktualizowały, są nieadekwatne do opisu rzeczywistości sztuki (pytanie, czy kiedykolwiek były...).

W tym kontekście nieco żenujące i śmieszne jest przeciwstawianie sobie przez Piotra Sarzyńskiego pop-artowych prac i również prezentowanej w Tate Modern instalacji Mirosława Bałki:
Z jednej strony - cisza, powaga, idea. Z drugiej - zgiełk, wygłup, interes. Z jednej - ascetyzm, z drugiej rozbuchanie. Praca Bałki zdaje się szeptać: "Pomyśl o mnie. Przeżyj mnie." Wystawa "Pop Life" zaś drze się w niebogłosy: "Kup mnie! Daj się uwieść!
Cały zacytowany powyżej fragment to pierwszej wody dziennikarski kicz, rażący radykalnymi uproszczeniami - tak jakby instalacja Bałki nie uwodziła, nie wciągała swym ogromem, nie epatowała ciszą i powagą; tak jakby spod różowej otoczki sztuki Murakamiego nie przezierały jak najbardziej poważne problemy świata, w którym ludzi zastąpiły postacie z kreskówek.

Przykre, że dziennikarz ogólnopolskiego tygodnika pisze tekst na takim poziomie hołdując prostym schematom myślowym i w gruncie rzeczy dając się uwieść rozsiewanemu przez pop-art złudzeniu. Problem polega na tym, że kupując Politykę oczekujemy czegoś więcej niż niepoddanych głębszej analizie zwierzeń uwiedzionych przez powierzchnię rzeczy dziennikarzy.

PS Blog Parergon czeka na głosy w portalu Blogbox: http://www.blogbox.com.pl/show/suggested/2782.