poniedziałek, 12 maja 2008

Ratunku!!! Sąd recenzuje sztukę!

Jeden z artykułów na gazeta.pl wprawił mnie dziś w prawdziwe osłupienie - tłumaczka sztuki teatralnej wygrała proces z teatrem o ochronę praw autorskich (http://wyborcza.pl/1,75475,5201035,Sad_wydal_recenzje.html). Reżyserka spektaklu zmieniła tekst przetłumaczonej  sztuki, co sąd uznał za - cytuję - "wypaczenie przesłania sztuki", naruszające " wierność zasadniczej idei i koncepcji utworu w tłumaczeniu powódki". Sąd uznał zatem, że istnieje coś takiego jak zasadnicza idea i koncepcja utworu, że wie, na czym ona polega w tym konkretnym przypadku oraz, że tłumaczka tejże idei sprostała, a reżyserka sztuki nie. Co ciekawe, sąd nie widział spektaklu (!) - ograniczył zatem samą sztukę do jej wersji pisemnej. A co z aktorstwem, wkładem reżysera, czy scenografa? Oni też tworzą spektakl i decydują o jego ewentualnej zgodności z ideą utworu. Wszak sposób rozegrania danej sceny ma ogromny wpływ na interpretację wypowiadanych w niej słów. Sam przerobiony tekst do oceny zgodności nie wystarczy. Nie wiadomo również, czy sąd porównał tekst oryginału z tłumaczeniem (wątpię...), by sprawdzić jakość tego ostatniego. A z uzasadnienia wynika, że przyjął zgodność przekładu z ideą i koncepcją oryginału. Sąd wydał zatem wyrok na podstawie dwóch ocen o charakterze artystycznym (uznał zgodność przekładu z ideą utworu oraz niezgodność spektaklu z przekładem reprezentującym według niego ideę utworu). Co więcej - przyjął istnienie czegoś takiego jak idea utworu. Każdy kto choć trochę zajmował się sztuką wie jednak, że istnienie czegoś takiego wcale nie jest oczywiste. Istnieje mnóstwo argumentów przeciwko tezie o istnieniu owego wyznaczonego przez intencję artysty 'rdzenia' dzieła sztuki. Poza tym - od kiedy to sąd wydaje oceny w kwestiach artystycznych? Jakimi kompetencjami dysponuje w tym zakresie? Zastanawia mnie również postawa tłumaczki świadcząca o kompletnym niezrozumieniu zasad funkcjonowania sztuki, przede wszystkim zasady wolności artystycznej (z której sama dokonując przekładu skorzystała, wszak przekład jest działaniem o charakterze twórczym). Tak jak ona oskarżyła teatr, tak i ją mógłby oskarżyć autor sztuki powołując się na prawa autorskie i niewierność przekładu. Ta sprawa to niebezpieczne kuriozum. Mam nadzieję, że teatr odwoła się od wyroku. Inaczej - drżyjcie kuratorzy - od teraz artyści mogą oskarżyć was o niedochowanie wierności koncepcjom ich dzieł, np. przez 'złe', generujące 'niewłaściwą' interpretację, zestawienie ich dzieł z dziełami innych artystów na wystawie...
Dodam jeszcze, że wskazane powyżej aspekty nie mają nic do rzeczy z jakością spektaklu. To są aspekty związane z funkcjonowaniem każdej sztuki, nawet złej. Swoją drogą pani tłumaczka pozywając teatr paradoksalnie rozsławiła ten - jak niektórzy piszą - kiepski spektakl...Może ze strategicznych względów lepiej byłoby całą sprawę przemilczeć, ew. wydać oświadczenie? A najlepiej po prostu samemu sztukę wyreżyserować.

4 komentarze:

Aneta Rostkowska pisze...

znalazłam ciekawy artykuł na temat ingerencji w tekst w historii dramatu: http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/24094.html

Grzehu pisze...

Cieszę się, że zabrałaś głos na forum GW - dobrze, że ktoś zostawił tam kompetentną opinię. Dodałbym jeszcze tylko uwagę, że tekst dramatu jest dla inscenizacji (ledwie) materiałem źródłowym. Przedstawienie posługuje się swoim własnym, odmiennym od tekstu dramatu językiem i jest kreowane na scenie. Sprowadzanie go do tekstu jest nieporozumieniem lub nadużyciem.

Akurat tego dnia czytałem coś w necie o ulissesie - jak to był przez pierwsze parę lat po opublikowaniu w europie zabanowany postanowieniem sądu w USA z powodu przekroczenia granic dobrego smaku. Trzeba by to pokazać naszym sędziom - tumanom.

Skądinąd, zmiany w tekscie dramatu wyostrzające język (znane mi tylko z noty w GW) wydają mi się jak najbardziej na miejscu. Syn mówiący do ojca, że "mu wyjebie" to mocna rzecz i pewnie oddająca wiernie rzeczywistość "patologicznej" rodziny.

Anonimowy pisze...

i jeszcze: paradoksalnie dobrym przykładem byłby beckett, znany z tego, że najchętniej sam reżyserowałby swoje dramaty, podawał niezwykle szczegółowe uwagi na temat inscenizacji i nie zgadzał się na żadne ingerencje. robił tak oczywiście będąc świadomym, że inscenizacja to wypowiedź wobec tekstu dramatu osobna.

Aneta Rostkowska pisze...

dokładnie. szczerze mówiąc nie rozumiem tego lęku przed przekleństwami na scenie, który tak uwidocznił się na forum GW. przypomina mi się od razu pewna zarozumiała aktorka besztająca Leroya w jakimś programie TV za uzywanie przekleństw w tekstach piosenek (!). Jej zachowanie było wynikiem totalnego niezrozumienia jego muzyki, tego, do kogo jest skierowana, jakie emocje wyraża itd... Swojej krytyki dokonywała przy tym w imię abstrakcyjnego ideału czystości jezykowej. jasne, rozumiem, że warto dbać o język i kulturę wypowiedzi, ale przecież to dążenie nie może być środkiem kneblowania komuś ust. po co mi piękny język, jeżeli nie mogę go użyć do przekazania moich emocji???